A+ A A-

POKOLENIE BEZ KONFLIKTU

Michał Wasążnik, Robert Jarosz - Generacja Naród bez świadomości swej historii jest jak drzewo bez korzeni. Prosta sentencja, autorstwa Marcusa Garveya, pozostawała wielką Tajemnicą dla robotników, chłopów i wojska. Niemal taką samą, jak osobiste wyznania, doświadczenia, doznania i przeświadczenia. Naukowy światopogląd próbował wypierać z potocznego myślenia wszelkie przejawy indywidualności. Szarość próbowała wyeliminować jakikolwiek kolor, smak wydzielany był na kartki a o zapachu lepiej nie wspominać.
 
Tak to trwało przez pół wieku, stąd też ulubiony temat naukowych dociekań stanowił tak zwany konflikt pokoleń. Wiara w istnienie wyższej siły stanowiła principium każdego poszukiwania. Urojone oczekiwania dodawały uroku, ubogacając każdorazowo efekt badań i odkryć naukowych. Nawet przesądy i zabobony zyskiwały nowy wymiar i format. W tej sytuacji każda, jednorazowa nawet akcja, urastała do uniwersalnej rangi, symbol dawał do myślenia bardziej, niż jego znaczenie a miarą ustaleń stawały się znaki czasu, rejestrowane dla własnej pamięci. Efektem takiego kontekstu jest album Generacja Michała Wasążnika i Roberta Jarosza. Lektura obowiązkowa nawet dla analfabetów, bo nawet jeśli ktoś nie chce, nie lubi albo nie umie czytać, z przyjemnością obejrzy ponad sto fotografii, wielkoformatowych, kolorowych, czarnobiałych, przedstawiających kilka zaledwie osób, które dokonały rewolucji w percepcji minionego czasu. Obcojęzyczna wersja tekstu oraz kalendarium tego okresu stanowić może gotowy scenariusz dla innego odczytania historii, tak naprawdę nigdy jeszcze nie odczytanej. Epistemologia nie obejmuje bowiem swym zasięgiem ani obrazów ani dźwięków. Jest to paradoks, z jakim nie mogą sobie poradzić współczesne teorie poznania. Dodatkowo, gdy nastała moda na różnorodność, nikt, poza wymienionymi autorami, nie jest w stanie pokazać, że widzieliśmy i słyszeliśmy to samo, o czym każdy po swojemu opowiada. Nawet natchnienie wydaje się płynąć z jednego źródła. Dramaturgia tego albumu aż się prosi o partyturę, o której wspominał Jerzy Grotowski po wygnaniu z Polski. Mówił, że podział na scenę i widownię, jest głoszeniem wiedzy i wiary per fas et nefas, co tłumaczy się jako przez fałsz i nieprawdę, przez kłamstwo i fałsz. To jakby odległa interpretacja z przesłania Tosha i Marleya – nasza historia nigdy nie będzie opowiedziana. Opowieść zawarta w obrazach to zaledwie fragment tego, co odpowiada nastrojom, wrażeniom i uczuciom, jakie można rozpoznać we własnej wrażliwości. Czyniąc tak, utrwalamy wiarę i przeświadczenie, że nasze poznanie toczy się dwutorowo, gdyż jego przeznaczeniem jest domena paradoksu. W niej potrafią się spotkać fakty, rzeczy i relacje, jakie wcześniej nie miały ze sobą nic wspólnego. Piękno, dla którego nie było miejsca w znanych nam kategoriach, pojawia się jako niespodziewane poza gustem i upodobaniem. Generacji można zazdrościć tego, że nie jest anonimowa. Na przekór ówcześnie obowiązującym koncepcjom anomii nawet ego–trip nosi znamiona wspólnoty, jakie trudno odnaleźć tam, gdzie jest to deklarowane. A wszystko w czasach monoizmu, jaki był powszechnie wyznawany i ogłaszany.

Symboliczne znaczenie ma w tym albumie chronologia. Stanowi ona trochę inne spojrzenie na zmiany, jakie się dokonywały w sposób niewidoczny, niewidzialny i oczywisty. Przedtem co innego stanowiło o wartości. Samo pojęcie pracy było inaczej rozumiane niż w nowej epoce. Inaczej też pojmowano kulturę. Potem, aż do teraz, jest ona raczej rozrywką, niż poznaniem. Dzisiejsze fenomeny nie mieściły się w żadnej, znanej strukturze. Nawet starodawny manicheizm nie do końca pasował do założeń propagandy. Do dziś nam wmawiają, że czasy były szare. Jak te fotki z gazet, zamazane i niewyraźne, ilustrujące dowolne tezy i poglądy. Więc może i lepiej, że na przedstawienie tamtego świata musieliśmy czekać ponad trzy dekady. To, co widzimy swoimi oczami, przeczy temu, co nas kształtowało. Nie przypadkiem trafia więc ten album do kanonu lektur, jako uzupełnienie naszej wiedzy o tym, o czym mało kto ma jakiekolwiek pojęcie. Może dlatego, że krąg twórców tej kultury jest niewielki. Sto razy mniejszy niż nakład tej książki, co samo w sobie też jest świadectwem nie bez znaczenia. Polecać uwadze ignorantów takie dzieło sztuki to intencja równie daremna, jak prośby o aktualne dokumentacje tego, co sens i znaczenie mieć będzie nie tylko w przyszłości.
 
Oceń ten artykuł
(1 głos)