A+ A A-

Sadzimy konopie przemysłowe

Konopie rosliną 21 wieku
Zapowiadaliśmy w poprzednim numerze, że pokażemy Wam krok po kroku, jak zająć się uprawą konopi przemysłowych. Do dzieła!

Na wstępie warto powiedzieć sobie, o co w ogóle chodzi. Na pewno NIE chodzi o palenie. Konopie są cudem natury, boską rośliną, posiadającą niezliczone zastosowania. Palenie do celów rekreacyjnych jest jedynie niewielkim wycinkiem większej całości – ale i o tym kilka słów będzie. Przez lata roślina ta padała ofiarą bezmyślnych przepisów, lęków i strachów przed „narkotykami”, w efekcie czego stała się w Polsce rośliną egzotyczną. Nic bardziej mylnego. Bardziej egzotyczny od konopi jest kartofel, przywieziony do Polski zaledwie kilkaset lat temu. Konopie na polskiej ziemi rosły, rosną i rosnąć będą, a my zadbamy o to, żeby było ich jak najwięcej.

Dobra, my tu gadu-gadu, a gleba stygnie. Co trzeba zrobić, żeby móc cieszyć oko widokiem kilku milionów (!) roślin na hektarze? W pierwszej kolejności, jak to w Polsce, niestety trzeba załatwić formalności. Potencjalny rolnik nie ma tu zbyt wielkiego wyboru, bo organizacje zajmujące się kontraktacją upraw można policzyć na palcach jednej kalekiej ręki. Na terenie całego kraju działają w zasadzie tylko dwie – Instytut Włókien Naturalnych i Roślin Zielarskich z Poznania i HemPoland.eu, jak również kilka firm i organizacji (m.in. Włókniści czy Efa G.) w poszczególnych regionach Polski.

Można też pójść okrężną drogą i osobiście wystąpić do odpowiednich władz o zezwolenia. Przecierając szlaki, skróciliśmy dla Was nieco drogę, uzyskując pozytywną opinię Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi w tej sprawie. Do 2012 r. funkcjonował unijny mechanizm dopłat do przetwórstwa konopi, a organizacją tego zajmowała się Agencja Rynku Rolnego, która prowadziła specjalny rejestr pierwszych przetwórców słomy konopnej. Chcąc działać na rynku, trzeba było posiadać wpis do rejestru. Po 2012 r. rejestr zniknął, a wymóg bycia na liście pozostał. Absurd? Polska!

Ministerstwo Rolnictwa na nasz wniosek, przychyliło się jednak się do interpretacji korzystnej dla rolników i przetwórców: „Zakończenie mechanizmu pomocy do przetwórstwa w sektorze lnu i konopi wiąże się ze zniesieniem obowiązku:

- udzielania głównym przetwórcom upoważnienia przez Prezesa Agencji Rynku Rolnego,- zawierania z rolnikiem przez upoważnionego głównego przetwórcę umowy sprzedaży lub umowy o przetwarzanie słomy konopi, określonych w art. 91 rozporządzenia Rady (WE) nr 1234/2007 oraz w art. 5 ust. 1 rozporządzenia Komisji (WE) nr 507/2008.
Należy zatem przyjąć, że (...) wymogi i obowiązki określone w przepisach rozdziału 6 ustawy z dnia 29 lipca 2005r. o przeciwdziałaniu narkomanii (Dz.U z 2012r. poz 124 z późń. zm.), w których odsyła się do (...) instytucji upoważnionego głównego przetwórcy należy uznać za niemające zastosowania.

Tym samym, w przypadku procedury składania wniosku o zezwolenie marszałka województwa na prowadzenie skupu konopi włóknistych, obowiązek dołączania przez podmiot wnioskujący dokumentów wymienionych w art. 46 ust 6 pkt 2 ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii, tj. kopii decyzji o udzieleniu upoważnienia głównemu przetwórcy, wydanej przez Prezesa ARR lub równoważny organ innego państwa członkowskiego, należy uznać za niemający zastosowania.”

OK, a co to w praktyce oznacza? „Wolnoć Tomku w swoim domku”. Każdy może zostać uprawnionym do skupu podmiotem, wystarczy mieć działalność gospodarczą, nie być karanym za uprawę gandzi i mieć 125 zł na opłatę skarbową.

No fajnie, ale od urzędniczego bełkotu rośliny nie rosną. Najprościej odezwać się do zaprzyjaźnionej z nami firmy HemPoland.eu, która przejmie na siebie wszelkie formalności, tak byście mogli całą uwagę poświęcić uprawie. Wstępną deklarację chęci uprawy trzeba wysłać najpóźniej z końcem roku (w niektórych województwach nawet wcześniej) – jeśli przegapicie ten termin, to zapomnijcie o sianiu w 2015! Kolejną rzeczą, o którą trzeba zadbać, to odpowiednie przygotowanie gruntu. Konopie są wprawdzie w pewnym sensie chwastem i wyrosną w każdych warunkach, ale jeśli chcemy mieć okazałe plony, to warto spełnić jej wszystkie wymagania.

Na pierwszy ogień: badania gleby – na piaskach ani moczarach nic ładnego z tego nie będzie. Kwasowość gleby warto zbadać i ewentualnie zwapnować, żeby pH było powyżej 6. Tutaj uwaga – nie zawsze wiedza o uprawie konopi indyjskich przekłada się na wymagania glebowe, klimatyczne i odżywcze, jeśli chodzi o przemysłówkę! Afgańska Indica może sobie świetnie radzić przy pH 5,8, ale dla konopi włóknistych będzie to niepotrzebny stres. Kolejna sprawa to głęboka, zimowa orka bez bronowania – dzięki temu gleba będzie miała możliwość nagromadzenia wody, której niedobór jest czynnikiem najbardziej ograniczającym plonowanie.

Po przygotowaniu gleby i zgłoszeniu uprawy rolnikowi pozostaje uzbroić się w cierpliwość – przez zimę może siedzieć przed kominkiem (paląc oczywiście konopiami) i dumać o tym, co zrobi z plonami. Na wiosnę konieczne jest podpisanie umowy kontraktacji z uprawnionym podmiotem – taka umowa zobowiązuje odbiorcę do skupu całego plonu po ustalonej cenie. Tutaj mamy dwa możliwe scenariusze – albo decydujecie się na współpracę z istniejącą firmą i po odebraniu surowca Wasza przygoda z rośliną się kończy, albo idziecie swoją drogą i próbujecie zagospodarować plony we własnym zakresie. Po podpisaniu umowy pora zacząć myśleć o siewie – siejemy zwykłym siewnikiem zbożowym, jakich na pęczki na polskich polach, więc z tym nie ma problemu. Uprawy nasienne to zasiew rzędu 10-15 kg na hektar, na biomasę czy do budownictwa lepiej siać gęsto: 30-40 kilogramów na hektar. Gęstszy zasiew to nie tylko większe plony słomy (i mniejsze nasion), ale i prostsza uprawa – rośliny rosnące blisko siebie wyciągają się ku słońcu i szybko odcinają możliwość rozwoju jakichkolwiek chwastów. Dlatego konopie nazywa się naturalnym herbicydem – chwasty nie mają przy niej zwyczajnie szans, a rok po uprawie gleba zostawiana jest, de facto, w lepszym stanie, niż była zastana (stąd mowa o rekultywacyjnych zdolnościach konopi).

W czasie gdy rośliny rosną, nie musimy dokonywać żadnych prac rolniczych, ani oprysków itd. Wiadomo – pańskie oko konia tuczy, więc warto roślin doglądać, interweniować w razie potrzeby, rozmawiać z nimi, napędzać pozytywną energią. W najbardziej intensywnych okresach wzrostu spędzając kilka godzin na polu można dostrzec gołym okiem jak rosną – dziennie nawet po kilkanaście centymetrów! W okolicach końca sierpnia do połowy października rośliny są już gotowe do zbioru. Moment ścinki jest zależny od wielu czynników, takich jak genetyka czy przeznaczenie roślin. Przy dobrych wiatrach wasze krzaczki mają już do tego czasu 4-5 metrów wysokości, a buszowanie po takim zagonie należy do najprzyjemniejszych doświadczeń, jakie można sobie wyobrazić. Raj dla naturofili :)

Na koniec przychodzi najtrudniejszy moment całej zabawy – zbiory. Jeśli mamy mikropoletko uprawiane dla przyjemności czy celów ozdobnych, możemy oczywiście oprzeć się na pracy własnych lub cudzych :) mięśni. Przy kilkumetrowych krzakach, które szczycą się najmocniejszymi naturalnymi włóknami świata, nie jest to jednak praca lekka, łatwa i przyjemna. Podstawowym rozwiązaniem, które proponujemy rolnikom, to stosowanie zwykłej kosiarki listwowej – tak zebrany surowiec nie nadaje się wprawdzie do sprzedaży dla wszystkich zastosowań, stanowi jednak dobry punkt wyjścia do obróbki pod budownictwo. Minusem tego rozwiązania jest brak możliwości odzysku nasion, co zmniejsza opłacalność uprawy. Idealnym rozwiązaniem jest stosowanie dedykowanych kombajnów do zbioru konopi z upraw dwukierunkowych, czyli nastawionych zarówno na słomę jak i nasiona. Takiego sprzętu na dzień dzisiejszy w Polsce nie ma, ale intensywnie pracujemy (czego efektem jest opóźnienie tego wydania „Spliffa”) nad tym, by przynajmniej kilka takich maszyn dotarło do kraju przed przyszłorocznymi zbiorami.

Przetwórstwo konopi też nie należy do łatwych – można oczywiście stosować metody naszych dziadków i, korzystając z drewnianych narzędzi i ew. koni, dokonać wszystkich procesów ręcznie. Takie rozwiązanie może być ciekawe np. dla gospodarstw agroturystycznych czy pasjonatów, ale na większą skalę się nie sprawdzi. Możecie też wykorzystać surowiec do celów grzewczych (vide publikowana przez nas w tym numerze opinia MRiRW), spróbować sprzedać go na rynku albo wykorzystać go do budownictwa – hulaj dusza, piekła nie ma. Jeśli zdecydujecie się na sprzedaż surowca na rynku, możecie liczyć na 300-350 zł za tonę słomy i 2-2,5 zł za kilogram nasion.

Właśnie – kasa, kasa, kasa. Czy to się opłaca? Tak. Oczywiście nie tak, jak opłacałaby się wielkopowierzchniowa plantacja indyjki, ale nie można narzekać. Przy średnich plonach rzędu 10-12 ton z hektara i około 400 kg nasion, możemy liczyć na 5 tys. zł przychodów z hektara (przy dobrym sezonie nawet więcej). Dodatkowo ze strony Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa możemy liczyć na specjalne dopłaty, łącznie nawet do 1600 zł za hektar. Wszystko zależy od tego, ile dokładnie hektarów konopi zostanie zasianych w 2015 r., bo Agencja założyła górny limit sumy wypłat, ale przy założeniu górnych widełek rolnikowi w sumie wpadnie do łapki 4-7 tys. zł na każdy hektar. A co z kosztami? Nasiona przy gęstym zasiewie (30-40 kg na hektar) to wydatek maksymalnie 800 zł w zależności od źródła. Pestki oczywiście nie z targu – żeby plantacja była legalna, musi to być kwalifikowany materiał siewny, o który najlepiej pytać u podmiotów zajmujących się skupem. Wybierając odmianę, trzeba zastanowić się, co chcemy zrobić z plonem – jedne mają smaczniejsze nasiona, inne delikatniejsze włókna, z kolei inne grubsze paździerze, dające dobre efekty w budownictwie.

Do tego dochodzą prace rolne i nawozy (nie warto przesadzać), razem do 2 tys zł – na rękę rolnikowi zostaje przynajmniej 3 tysiące z hektara (choć są i tacy, którzy inkasują 5 tys), czyli więcej niż przy wielu tradycyjnych uprawach. Tfu – konopie SĄ tradycyjną uprawą. Zapomnianą, owszem, ale nie „nietypową”, „alternatywną” czy „nową”, jak twierdzą niektórzy. Niejednokrotnie zgłaszają się do nas rolnicy, którzy chcą siać konopie ze względów sentymentalnych – pamiętają prace przy konopiach z dzieciństwa, jak uprawiali je z rodzicami czy dziadkami. W 2015, w ramach powrotu do tradycji będziemy nawet przywracać uprawę konopi na część gleb, gdzie w okresie powojennym były one uprawiane, na dokładnie tych samych kawałkach ziemi. Historia zatacza koło.

A propos historii – nie wszyscy wiedzą, że to właśnie przez przemysłówkę delegalizacji uległa nasza kochana gandzia. W latach 30-tych XX wieku, kiedy w Stanach oligarchowie rządzili się, nie gorzej niż dzisiaj w Rosji, konopie stanowiły zagrożenie dla wielu gałęzi przemysłu, a głównie dla producentów sztucznych włókien. Wykorzystując skorumpowane media i nadgorliwych bojowników o „czystość serc”, którzy po zniesieniu prohibicji alkoholowej stali się bezrobotni, wpoili amerykańskiemu społeczeństwu, że marihuana to zło. Kiedy ludzie kupili te bajki, naturalną koleją rzeczy było wprowadzenie przepisów, które miały być formalnym narzędziem do walki z używką, a w praktyce zabiły przemysł konopny. Biznesowi potentaci utrzymali swoje imperia, a rolnicy zostali na lodzie. I znów – historia ma to do siebie, że zatacza kręgi. Mniejsze lub większe, czasem pokrętne, ale prędzej czy później wraca. Dziś stoimy w tym momencie. Siejąc konopie na ziemiach, które przed laty były ich naturalnych siedliskiem, naprowadzamy historię na jej właściwe tory. Popularyzując konopie przemysłowe doprowadzimy do odwrócenia przykrego epizodu z ubiegłego stulecia i, prędzej czy później, wraz z przywróceniem dobrego imienia roślinie, doczekamy się legalizacji również jej suszonych kwiatostanów z wysoką zawartością THC.

Artykuł z 51 numeru Gazety Konopnej SPLIFF


Maciej Kowalski & co.

Przydatne adresy
http://www.hempoland.eu/
http://www.iwnirz.pl/
https://www.facebook.com/uprawiamykonopie



Oceń ten artykuł
(2 głosów)